czwartek, 6 października 2011

„Polityka” w okularach i kolorach z PRL


Tak, jak paranoicy widzą sprawy paranoidalnie, tak i teoretycy spisku widzą zwolenników teorii spiskowych wśród wszystkich innych.  Szczególnie, gdy rodowód ich sięga historycznego epicentrum spiskowania przez państwo przeciwko swym własnym obywatelom – czerwonej Polski, PRL-u.  Czerwonej, jak suknia pani Janiny Paradowskiej.

Pani Paradowska, w swojej postkomunistycznej reinkarnacji jako dziennikarka Polityki, dzieli się w bieżącym wydaniu tygodnika swoją opinią na temat kończącej się kampanii wyborczej.  Choć dla niej, ona się jeszcze tak naprawdę nie zaczęła.  I pani Paradowska wciąż bezskutecznie czeka na pojawienie się „dziadka z Wermachtu” lub na slogan w stylu Mordo ty moja...”, biadoląc na panujące w kampanii nudy na pudy.  Chyba, że … Bo według pani Paradowskiej wszystkie „żrące substancje popłynęły innymi nurtami.” 

Jakimiż to więc grubo ciosanymi kanałami pełzną te „żrące” nas i publicystkę, „substancje”?  Ano, donosi pani Paradowska: „Tymi mniej oficjalnymi, po przykościelnych kaplicach, katechetycznych salkach, na spotkaniach klubów „Gazety Polskiej”, w tym całym drugim obiegu wielkiego przemysłu pogardy dla faktów i rozumu, wyrosłego na podłożu smoleńskiej katastrofy, stworzonego i nadal pospiesznie utrwalanego na potrzeby mitu. Dla zwycięstwa jednej prawdy. I przede wszystkim zemsty.”

„Drugi obieg” informacji i opinii?  Myślałam przecież, że podziemie informacyjne pogrzebaliśmy razem z PRL. A tu wynurza się, ta sama jak wtedy, antykościelna frazeologia oraz pogarda dla tego, co oddolne i poza kontrolą państwowych lub partyjnych środków masowego przekazu.  Wszystko to normalka, na miarę byłej komunistki. 
Niepokoi mnie natomiast konkluzja pani Paradowskiej, że „katastrofa smoleńska” jest źródłem „wielkiego przemysłu pogardy dla faktów i rozumu”.  Konkluzja niespójna z ideologicznym rodowodem autorki.  Czyżby zapomniała ona, reżimowa dziennikarka polityczna, co bywało zawsze tak dla niej, jak i dla jej partii, źródłem wstecznictwa i zacofania, słowem kołtuństwa, Kościoła?   Tak, oderwanie tego Kościoła od rzeczywistości.  Tej marksowsko-dialektycznej, naukowej, popartej doświadczeniem rzeczywistości.

Niestety, tragedia smoleńska jest, aż do bólu, realna.  I utrata lwiej części przywódców narodu zobowiązuje tych, co żyją, do snucia hipotez, weryfikowania ich na drodze eksperymentu i do wyciągania wniosków.  Tymczasem pani Paradowska twierdzi, że cały ten trud służy po prostu … zemście.  Ba, gdyby tylko to ona jedna popełniała to freudowskie przejęzyczenie.  Przecież powiedzieć komuś, że motywuje go pragnienie zemsty, to tak jak powiedzieć mu, że motorem jego działania jest odwet za zło, za doznaną krzywdę.  Tym samym osoba, zarzucająca innemu kierowanie się chęcią zemsty przyznaje, że zło, czy też krzywda, zostało de facto popełnione.  Jak to się ma do przypadku tragedii smoleńskiej, o której właśnie publicystka Polityki  pisze, niech ona sama swym czytelnikom wytłumaczy.  Tymczasem stary Freud się kłania.

To przecież brak prawdziwej i obiektywnie naukowej analizy tej katastrofy, poprzez wielokrotnie rekomendowaną przez „drugi kanał obiegu” komisję międzynarodowych ekspertów, doprowadził w prostym łańcuchu przyczynowo-skutkowym do rozwoju spekulacji i hipotez.  Takie hipotezy i spekulacje zawsze tworzą się w warunkach braku dostępu do informacji, braku zaufania do procesu oraz w kontekście braku wiarygodnych wyjaśnień.  Przecież tu idzie o jedną z największych tragedii w historii Polski. Tragedii jakże wygodnej dla wielu wpływowych sił, zarówno w tym kraju, jak i w sąsiednim.  Tragedii spowodowanej „perfekcyjnym sztormem” atakującym Tu-154 z wielu kierunków – aż do śmiertelnej pułapki.   
Nie musi pani Paradowska szukać teorii konspiracji w kościołach, bo rzekomi konspiranci nie tylko, że nigdy się nie kryli, ale wręcz nawoływali tych próbujących ukryć przyczyny katastrofy do wyjścia z ich własnej konspiracji.  Niestety ci ostatni mają dostęp do informacji i mediów, a ci pierwsi, dążący do poznania faktów i naukowego ich wyjaśnienia, tego dostępu nie mają.  Dlaczego więc wysiłki Antoniego Macierewicza zamiast być dokładnie analizowane przez odpowiedzialnych za znalezienie przyczyn katastrofy, doznają jedynie publicznego linczu w neoliberalnych mediach?  A panu Macierewiczowi grozi się pociągnięciem do jakiejś tam odpowiedzialności sądowej za wydanie „sekretów”.

Nie ma sekretów w katastrofie smoleńskiej, tak, jak nie mogło być sekretów w zbrodni katyńskiej czy w procesie norymberskim.  Czarne rozdziały historii nigdy nie zostają czarne do końca. Problem jest tylko, do kiedy.

0 komentarzy: