wtorek, 27 września 2011

Nie wrzucać srebrników do urny

Przegrywamy zwolna od 1989 roku walkę o państwo.  Niektórzy widzieli już jego koniec w Lizbonie.  Przesuwamy coraz dalej kolejne linie obrony tego, co jest w nas, jako w narodzie, drogocenne.  I tego, co nas identyfikuje jako naród.  Pozostajemy bezbronni wobec ekscesów antypolskich Janusza Palikota, prezydenta Komorowskiego, czy też szkalującego poza granicą Polaków ministra Sikorskiego.  Jesteśmy też świadkami heroicznego oporu skazanych na porażkę, bo osamotnionych obrońców Krzyża.  Godzimy się na publiczny lincz i erozję sakramentu małżeństwa z konsekwencjami w pogłębiającym się ujemnym przyroście naturalnym.   W tym kontekście społecznym pojawia się nowy tygodnik, Wręcz Przeciwnie.

Wręcz Przeciwnie deklarowało się jeszcze przed swym poczęciem jako pismo konserwatywno-liberalne, nie podając jednocześnie swojej definicji obu członów tej dychotomii.  A różnica pomiędzy obu ideologiami jest jak ta między ogniem i wodą lub światłem i ciemnością (przynajmniej w mojej bibliotece).  Bo ideologie te wykluczają się wzajemnie.  Tygodnik zdaje się sam chciał rozwiać wątpliwości już przy starcie.  I wybrał sobie modnego wśród salonów i mediów chłopca do bicia - katolików.  Nie do końca to oryginalne?  Przecież przed nim robiły to już inne: Przekrój, Polityka czy Wprost.  I wiele innych, tak w kraju jak i zagranicą.  I nikomu nic się nie stało, zdają się krzyczeć liberałowie, ta nowa lewica, bo katolicy to wszak ludek znany z pokoju, pokory oraz z cnoty przebaczania.     

W przypadku Wręcz Przeciwnie jedyna oryginalność ataku zespołu redakcyjnego polega na selekcji celu uderzenia.  Wybrali sobie samo serce katolicyzmu - Eucharystię.  Zapewne po to, aby zbulwersować opinię jeszcze ostrzej.   Efekt?  W języku polskim nazywa się to świętokradztwem.   Pismo, myślą sobie właściciele, korzystając z doświadczenia kolegów po fachu, będzie sprzedawało się teraz jak ciepłe bułeczki.  Więc zacierają ręce w oczekiwaniu na pęczniejące konta bankowe i zaspokojenie wybujałego ego.  Bo przecież rządcy Rzeczpospolitej tylko przyklasną …  Jeśli nie głośno, to po cichu, ale skutecznie.  A business poczytne pismo polubi i pomieści reklamy, by czytelnikom dobra swoje sprzedać.  Judaszowe srebrniki?  Może tak, ale czy ktoś widział samobójstwo biznesmena z powodu własnych błędów etycznych?  Bo przecież o grzechu na forum publicznym nie wypada mówić . To nieprzyjemnie dźwięczące w uchu pojęcie schodzi już i tak do katakumb życia społecznego.     

Jak długo trzeba będzie czekać na odpowiedź Episkopatu Polski?  I nas samych?  Sądząc po reakcji, a raczej jej braku, na konfiskatę i maltretowanie Krzyża i jego obrońców na Krakowskim Przedmieściu nie byłabym wcale tutaj optymistką, czy ta reakcja kiedykolwiek nastąpi.   A brak reakcji jest zachętą do nowej kampanii nienawiści wobec katolicyzmu.  Na co czekamy?  Na współczucie?  A może na nową martyrologię?    

Świat nie znosi próżni.  Pustka po usunięciu Krzyża zaczyna się wypełniać.  Pojawia się Nergal z przebranym jak diabeł w ornat Wręcz Przeciwnie.  I przyjdą inni.  Bo jeśli Nergal i Wręcz Przeciwnie przejdą z sukcesem test społecznego przetrwania, można będzie katolików zepchnąć jeszcze dalej od forów publicznych, zmarginalizować  i zamknąć w podziemiach.  Na powierzchni zostanie tylko katolicyzm państwowy, wydezynfekowany,  zliberalizowany i zapraszany na  oficjalne uroczystości.  Bez żadnego znaczenia poza symbolicznym.  Takie sobie piórko na góralskim kapeluszu.    

Co winniśmy w odpowiedzi zespołowi redakcyjnemu tygodnika?  Bojkot kupowania pisma i jego reklam.  Bojkot firm ogłaszających się w tygodniku.  Sądy?   Tymczasem, jaka może być recepta na rozszerzającą się epidemię społecznego przyzwolenia na zło i postępującą apatię narodu? 

A może tak zamiast katakumb i akceptacji judaszowych srebrników zacząć od masowej pielgrzymki narodu z przystankiem do urny wyborczej?

0 komentarzy: